|
Dzisiaj będzie koncert. Znany polski zespół, duże wydarzenie. Już przyjechał wokalista, i daje wywiad w lokalnej telewizji. Postawili go pod ścianą – olejna, brzydka farba od ziemi metr w górę – i oświetlają na zimno mocną żarówką. Wygląda jak chirurg tutejszego szpitala złapany w korytarzu przy wyjściu z pracy. Spocony, z ramionami skrzyżowanymi przed klatką piersiową mówi: - Pozdrawiam fanów z Ilunia. Kilka godzin przed koncertem w sklepie z płytami wokalista rozdaje autografy. Już na godzinę przed umówionym terminem tłoczyła się grupa chętnych. Niektórzy chcą tylko autografu, inni liczą, że uda im się zamienić z muzykiem zdanie lub dwa, żeby potem móc chwalić się tą rozmową do końca życia. Witek jest tu tylko po autograf, a raczej autografy. Ma stos karteczek i kilka plakatów. Po co rozmawiać, co mu z tego? Postoi w kolejce parę razy i zbierze kilkanaście podpisów, które w szkole i na podwórku rozejdą się jak świeże bułeczki, za sowitą opłatą, hehe. Witek ma głowę na karku. Wybieramy się: Witek z dziewczyną, Tomek, Basia, Marta i ja. Artur przyjdzie sam, nie chce iść z nami. Muzycy zagrają w szkolnej hali sportowej, gdzie niektórzy z nas chodzili kiedyś na kurs kung-fu, albo na gimnastykę korekcyjną. Zbieramy się, chodząc od bloku do bloku. Odwiedzamy znane już sobie mieszkania, ze znanym życiem w środku, mało różniącym się jedno od drugiego. Lśniące meblościanki z niezmiennym od lat wyposażeniem –nieczytanych książek, nieużywanych naczyń i innego kiczu. Wreszcie idziemy, ciesząc się wspólnym marszem. - Właściwie to nie wiem czemu idę na ten koncert. Przecież nieszczególnie ich lubię. – zastanawia się Tomek. - Dałeś się namówić – podpowiadam. - Daj spokój – dorzuca Basia – w tym mieście tak mało się dzieje, że nie ma co wybrzydzać. - Fakt. Pod halę podjeżdża samochód z muzykami. Tłum jest poruszony, nieczęsto ogląda się tu ludzi, którzy mają jakieś znaczenie. Jedna postać z tyłu daje o sobie znać szczególnie gorliwie, szarpie się jak w amoku, próbuje dopchać się do przodu. W przeciwieństwie do innych nie ma wymalowanego zachwytu na twarzy, ale zaciętość i gniew. - Hej, widzicie? – komentuje Basia. - Zaraz…- wytęża wzrok Witek – przecież to Arturek! - Ale co on robi? Wpadł w jakiś szał. Artur nas nie widzi. Nikogo nie widzi. - Hej wy! – wrzeszczy na cały głos w stronę samochodu – Ludzie elity, kurwa! Nienawidzę was, kolorowe mądrale! Kłaniacie się nisko w pałacowych salach, a nie pomyślicie nawet przez chwilę o nas, tutaj. Nie odnosicie się do nas! Nie przemawiacie do mnie! Ja dla was nie istnieję, przeklinam was! Realizujecie tylko swoje ambicje i jesteście beznadziejnie zadowoleni z siebie! Gińcie, na zdrowie! Wiwatujący tłum zagłusza jego głos. Muzycy wysiadają z auta i kierują się do budynku. - Dlaczego nas tak rzadko odwiedzacie?! – drze się Artur – Dlaczego do nas tak rzadko mówicie?! Dlaczego dla was nasze miasto nie istnieje?! Nie szanuję was, bo o nas nie pamiętacie! Ochroniarze wymieniają spojrzenia. *** Godzinę temu w domu Artur powiedział mamie, że idzie na koncert. - Ten wokalista to ten gruby, co w okularach przeciwsłonecznych do telewizji przychodzi? – spytała. - Ten ten. - A ty wiesz, że jego syn popełnił samobójstwo? - Tak? - No. – potwierdziła matka tonem osoby obojętnej i wtajemniczonej. Te sensacje z kolorowych gazet wypowiadane przez nią jakby mimochodem… - pomyślał Arturek, czując wzbierający gniew. - Dobrze, idź. Tylko ciepło się ubierz, bo zima przecież. – powiedziała lekko, ukrywając niepokój. *** Perkusja, dwie gitary, syntezator i wokal. Wielkie, wielkie głośniki. Zawsze przerażał mnie dualizm widowni i sceny. Co nas tu ściągnęło? Płacimy im, żeby przetrząsali przy wejściu nasze spodnie i kurtki, żeby gnieść się i nadwerężać słuch. - Idziemy na miejsca siedzące? - Żartujesz? Przy czwartej piosence wszystko się już miesza. Skaczemy, znudzeni. My to ani bawić się na dyskotece nie umiemy, ani modlić w kościele. Czy to takie pokolenie, czy po prostu mniejszość w każdym pokoleniu? A Arturek wrzeszczy na cały głos: - Chcę żebyście zeszli ze sceny! Nie ograniczajcie się tylko do śpiewania, potrząśnijcie nami! Chwytają go z dwóch stron silne ręce ochroniarzy. Szarpie się. - Zamieszkajcie tu! Poświęćcie się nam, żyjcie wśród nas! Artur dostaje w zęby. Wyrzucają go z hali i kopią w brzuch. Leży na oblodzonym placu. To jeszcze nie koniec. Czeka aż wszyscy wyjdą. Czeka na muzyków. „Weźcie mnie” – modli się – „weźcie, zasłużyłem na to.” Skupia się. Wierzy, że dostrzegą w nim boskość i pośród fanfar wezmą ze sobą do lepszego świata. Leży w świetle na placu: widoczny, milczący, z zamkniętymi oczami. Samochody opuściły parking, zapada miejska cisza. Czeka. Wie, że to usłyszy. - Chodź ze mną. Tak. Uśmiecha się i otwiera oczy. Rozczarowanie. - Chodź, zmarzniesz – mówię. |