|
Mam 17 lat i jadę do Tomka na gapę, na bezpieczną gapę, trzymając ważny bilet przekazany przez wysiadającego pasażera. Taki przebłysk solidarności. Wszyscy wypadliśmy z brzucha i znaleźliśmy się w jednym autobusie. Atrakcyjna dziewczyna z założonymi nogami, założonymi rękami, zniechęcona otoczeniem, skierowała wzrok w okno i zatopiła się w myślach. Czuje się zdradzona przez opowiadaczy historii o księżniczkach, wściekła na rodzinę, znudzona rówieśnikami, zirytowana próbami podrywu ze strony beznadziejnych facetów na każdym kroku. Reszta pasażerów również unika kontaktu wzrokowego. Są zmęczeni od samego rana, patrzą w przyszłość ze wstrętem. Chyba na okrągło wspominają swoje niepowodzenia i upokorzenia. Są wiecznie skupieni na sobie, nieufni albo pogardliwi wobec innych. - Weź wreszcie ten plecak z mojej głowy, gnojku! – krzyczy nagle czterdziestoletni, wąsaty górnik usadowiony na miejscu siedzącym do stojącego czternastolatka. Dość tego, nie będzie znosił więcej krzywd. Cholerne wyrostki, gówniarze. Chłopak próbuje przekręcić się w tłoku, żeby oddalić plecak od frustrata. Zostały trzy przystanki. To znaczy, że za chwilę opuszczę to towarzystwo przypadkowych współmieszkańców, umieszczone na tle zużytych skórzanych uchwytów, telepiących się szyb, podartych i pomazanych siedzeń. Za autobusową szybą ciągną się oswojone budynki i place. Wszyscy tutaj znają je z widzenia. Ludzi też wszystkich zna się z widzenia, ale są to znajomości odgrodzone szybą. Za szybą mijają ludzie i krajobrazy, mijają bez naszego udziału. Wydaje nam się, że nie mamy tam dostępu. Ale pewnie się mylimy. Może kiedyś odważę się pokonać ścianę szyby, ale co mam zrobić? Wysiąść i krzyczeć? Wziąć pod ramię przypadkowego przechodnia i zaprosić go na kawę? Zacząć sprzątać chodniki? Pragnę teraz, w tej właśnie chwili, poczuć wspólnotę, o której się mówi w telewizji. Obecnie, w latach dziewięćdziesiątych, czujemy narodową wspólnotę międzypokoleniową. Dojrzewamy przecież razem z rodzicami. Powoli, bardzo powoli uczymy się racjonalizmu: gospodarowania swoimi umiejętnościami i majątkiem, trzeźwej oceny sytuacji, rozsądku w dysponowaniu czasem. Nie wszyscy wytrwają. Zanurzą się w wielkich misjach; łatwo w nie uwierzą, wręcz z ulgą uklękną przed Radiem Maryja, horoskopami, mydlanymi operami albo sektami, kosmitami i teoriami spisku. Połączą bez przeszkód Solidarność i video, Kościół i chipsy, Matkę Boską Częstochowską i skandale homoseksualistów. Odzyskaliśmy wolność krwią i blizną, żeby zainstalować sobie kablówkę z telenowelami. Możemy już z podniesioną głową montować plastikowe boazerie, sprowadzać z Niemiec stare Ople. I patrzeć, jak nasze dzieci uznają swoje komputery za najlepszych przyjaciół. Tak, najcieplejszymi uczuciami zaczęliśmy obdarzać rzeczy. Komputery, samochody, mieszkania – oddajemy się upgradowaniu, tuningowi i wystrojowi wnętrz. Zajmowanie się tym wypełnia nam 24 godziny na dobę. Kto tego nie ma, przez 24 godziny na dobę o tym marzy. Zachody słońca, pełnie księżyca, radosne podskoki i uśmiechy kobiet rodzą podstawowe pytanie: „Ile to kosztuje?” Z każdą kromką chleba odliczamy liczby, wraz z plasterkami sera odcinamy kwoty – 21 groszy, 15 groszy. Zamiast tykania zegara słyszymy brzęk monet. Poranek – 10 zł, południe 35 zł, wieczór – 20 zł Będę z tobą jeszcze 10 000 zł. Byłem tam 40 000 zł. Wszyscy uczymy się nowych przykazań: moje, twoje, moje, twoje. Powtarzamy je jak mantrę. Dwa przystanki do celu. Patrzę na swoje odbicie w szybie autobusu. Młoda twarz. Czy to ten sam niepełnosprawny myśliciel? Co widzą ludzie patrząc na mnie? Mój wzrok przyciąga. Odbija się w nim strach i wyzwanie. Strach? Przed czym? Przecież nie widziałem więcej od innych. Wyzwanie? Chyba rzucone wszystkim i wszystkiemu. I samemu sobie. Na następnym wysiadam. Dość myślenia, kiszenia się w teoriach, które nigdzie nie prowadzą. Przeczekam ten czas wpatrując się tępo w dowolnym kierunku. I wysiadam, wypadam z autobusu jak z lewiatana. Osiedle Tomka wybudowano dziesięć lat wcześniej przed moim. Inna geometria, inna przestrzeń, ten sam klimat. *** Dochodząc do bloku Tomka mijam grupę starych facetów i niezadowolone kobiety w ciąży. Stoją w tych samych miejscach, gdzie kilka lat temu zbieraliśmy się z kolegami na mecze. Krzyczą na siebie czekając na jakąś fuchę. Chwilę później mijam krzak, za którym stoi pijak, który zapomniał, co właściwie tu robi. Stoi sobie spokojnie i gdyby postał tak dłużej mógłby zostać statuą naszych czasów. Pomnikiem mnożących się ludzi bez właściwości. A my? Co nas czeka? Przypominam sobie, jak jeszcze pięć lat temu zbieraliśmy i sprzedawaliśmy z Tomkiem butelki. Był to jeden z przejawów naszej przedsiębiorczości. W późniejszych latach będzie dużo gorzej. W wieku dwunastu lat lepiej rokowaliśmy na przyszłość na wolnym rynku niż będziemy w wieku lat dwudziestu i później. Teraz spotykamy się, żeby pograć w szachy i porozmawiać. - Wiesz, chodzę sobie po dachu ostatnio. - Jak to po dachu? - No tu, na górze, mam niedaleko. Wczoraj chodziłem z buteleczką po samej krawędzi. - Po krawędzi?! W Iluniu skok z bloku to najbardziej oczywista metoda samobójstwa. Wygrażamy sobie nawzajem, że skoczymy. To jest element wolności i posag każdego z nas. Co jakiś czas słyszy się takie historie. Zawiedziona miłość, problemy w rodzinie, problemy w szkole. Nie mogę w nie uwierzyć, nie mieszczą mi się w głowie. Ale to są fakty. Ostatnio na przykład dwóch chłopców umówiło się, że skoczą z wieżowca. Na ustaloną godzinę stawili się na dachu. Rozmawiali przez chwilę. Starali się w tej rozmowie uchwycić powagę chwili. Po czym zaczęli rozpędzać się i biec. Jeden zatrzymał się przed brzegiem dachu. Drugi skoczył. Trzy godziny mijają jakby to była chwila. Poznajemy to po odtwarzanych płytach, które zaskakująco szybko się kończą. „Biała Flaga”, „Wojna postu z karnawałem”, „Prymityw”, „The Future”, jeszcze kawałek „The Wall”. - Idę. - No tak, musisz się uczyć. Tomek lubi żartować. - Uważaj tam na dachu. – mówię na odchodnym. Zląkłem się. Jutro rano pojadę pod blok Tomka na rowerze modląc się po drodze, żeby nie spotkać na miejscu policyjnych taśm i obrysu ciała sporządzonego kredą. *** Godziny szczytu, więcej ludzi na ulicach. Wydaje się nam, że jesteśmy tak od siebie różni. Teraz trudno mi odnaleźć większe różnice. Chociaż rzeczywiście, mieszkańcy różnią się ilością alkoholu we krwi. Jedni mają mniej, inni więcej. Ale czy to dozorcy, kierowcy, nauczyciele, czy dyrektorzy kopalń, wszyscy są przynajmniej na kacu. Również w moich żyłach został ślad po snobistycznym brandy, które popijaliśmy przy szachach jak przystało na osoby aspirujące do pozycji artystów-intelektualistów, znajdujące się akurat na najwyższym piętrze wieżowca. Przypominam sobie, że mam kupić ziemniaki. Wchodzę do warzywniaka. Przede mną stoi energiczny człowiek koło trzydziestki. Kupuje słoik ogórków kiszonych i Carmeny. - Czy chce pan reklamówkę? – pyta go ekspedientka. - Że co? - Reklamówkę, siatkę. - Reklamówka? No co za ludzie tu pracują! Czy widzi pani, żeby to coś reklamowało? No, proszę mi pokazać gdzie tu coś jest reklamowane? - No… nigdzie… - A może to ma sieć? Siatka, ha! Co za absurd! Niech pani zapamięta na całe życie: to nie jest reklamówka ani siatka, to jest foliowa torebka!!! W końcu oburzony klient wychodzi, a przed ekspedientką staję ja. Staram się robić zakupy możliwie delikatnie. Po warzywniaku kieruję się do piekarni. Kupuję gorący, dobrze wypieczony chleb i wychodzę. Przy wyjściu zatrzymuje mnie człowiek umorusany smarem, stojący przy polonezie z otwartą maską. Prosi, żebym na jego komendę przycisnął pedał gazu. Robię o co prosi. Po trzech próbach dziękuje i mogę iść dalej. Przez ten czas ciepły chleb przykleił się do reklamówki. Pardon, do foliówki. *** Na przystanku zbiera się coraz więcej ludzi. Jednak nikt nie ustawia się w kolejkę, do głowy by to nam nie przyszło. Kto pierwszy ten lepszy. Kiedy podjeżdża autobus, pchamy się do środka. Zajmujemy pozycje jak zwierzęta rejon. Znaczymy je swoim zapachem, uziemioną postawą, groźną miną. Stojąc na zabłoconej podłodze pojazdu deptamy sobie po butach. Odwracamy wzrok od współpasażerów. Młoda matka z dzieckiem, właściwie dziewczyna nieprzyzwyczajona do tego, że nazywa się ją „młodą matką z dzieckiem”, próbuje uchronić wózek przed naporem tłumu. Kierowca rozpędza się i bierze zakręt. Taki kierowca autobusu to ma życie. Zazdroszczę mu wyraźnej tożsamości. Siedzi sobie wygodnie z przodu przed wielką szybą i kieruje. Tłok go nie dotyczy. Otacza się kojącymi, kołyszącymi się proporczykami zachodnich klubów piłkarskich, samoprzylepnymi naklejkami i figurkami świętych. Jeździ po mieście, potem wraca do domu na obiad, telewizję i sen, i ma gdzieś wszystko inne. Nie gorsze od tego zawodu jest stanowisko kioskarza. Tyle kolorowych gazet! Wyobrażam sobie ze wzburzoną krwią, jak od zmierzchu do świtu dotykałbym kredowego papieru, nurzał się w nowościach muzycznych, komputerowych, i zdjęciach wystylizowanych nagich kobiet. Boże nasz, czy mogę nie być lekarzem? Za pozwoleniem, czy mogę nie być pilotem samolotu ani generałem? Czy mogę być za to kierowcą autobusu albo kioskarzem? Jak się nimi zostaje? Zrobię wszystko, żeby uzyskać ich status. Zajmuję siedzenie i podglądam, co też piszą w lokalnej gazecie, którą czyta siedzący obok gbur. Ruch w autobusie uspokaja się. Mamy przynajmniej swoje ruchome schronienie. Wertuję dane, szukam zbawienia. Na pierwszej stronie znajduje się wywiad z burmistrzem. „Ja jestem taki jak wszyscy, naprawdę.” – zapewnia – „Niczym się nie różnię od zwykłych mieszkańców miasta.” Na drugiej stronie relacja z głodówki górników. To wspaniałe, że idą w ślady świętych tego świata. Mają za sobą Buddę, Chrystusa, Gandhiego. Głodują w imię wyższego celu, przekazania idei, odkrycia ostatecznej prawdy. Na pewno mają właśnie takie powody. *** Podróż po mieście autobusem jest dla mojego pokolenia czymś najnormalniejszym w świecie. Istniał odkąd się urodziliśmy, nie zastanawiamy się nad tym. Najnormalniejsze w świecie są też kaloryfery, ciepła woda z kranu, światło palące się wieczorem w pokoju, bezdyskusyjny katolicyzm i odwieczna polskość „ziem odzyskanych”. O nie, znowu tworzę teorie, nie mogę się zatrzymać. Patrząc za szybę przychodzi mi do głowy, że mniej lub bardziej świadomie wszyscy ludzie dzielą przestrzeń na lepszą i gorszą. Z czasem wszyscy tutaj rozumiemy, że mieszkamy na gorszej ziemi, dalekiej od źródła. Dlatego usilnie utożsamiamy się z połyskiem prawowiernych mieszkańców stolic bogactwa, techniki, kultury. Tamci pozwalają nam na to, udzielają nam milczącego przyzwolenia. Nie znają nas. Praktycznie nie wiedzą, że istniejemy. Od wynalazcy koła po producenta tego autobusu nikt nie wiedział i nie wie, że jesteśmy, że jedziemy. Prowincjusze są postawieni w podobnej sytuacji, co bękarty. Muszą zbudować silną osobowość, pokazać się. Udowodnić, że mają prawo tu być. Udowodnić to innym i sobie. Czasami piszą hermetyczne książki. Chcą, żeby były głębokie, a jednocześnie łatwe w czytaniu. Z reguły nie udaje się im ani jedno, ani drugie. Kolejny przystanek z podartym rozkładem jazdy. Tak, jesteśmy bękartami. Zamieszkaliśmy tereny niczyje, na których budujemy domy w staroświeckim stylu, kreując fałszywe genealogie. Tworzymy nowe dynastie na niczyjej ziemi, w niczyim powietrzu. Co skromniejsi montują dzwonki do drzwi w M2 brzmiące jak katedralne dzwony. To miasto jest generalnie źle skrojone. A już całkiem niedorzecznie jak na tych ludzi, którzy tu zamieszkali. Ich tu wsadzono. Ich ubrali w to miasto. Architekci naszych bloków, gdzie jesteście? Dlaczego nas tu zostawiliście samych? Za szybą mijają drzewa i bloki. Ale jak było naprawdę? W rzeczywistości sami tu przybyliśmy, w poszukiwaniu lepszego życia. Sami się wygnaliśmy – i to nie z metropolii, ale ze wsi. I sami się z czasem zdradziliśmy. Czy mówiąc „my” nie jestem fałszywy? Przecież nie ja tu przybyłem, ja się tu urodziłem. Prawda. Ale czy nie jestem fałszywy mówiąc „ja”? Przypuśćmy, że wszystko działo się jak należy i żyję od urodzenia w lepszym miejscu, w lepszych czasach. Dobra szkoła, dobre, pełne życie w stabilnym otoczeniu. Przypuśćmy, że nagle ogarnia mnie natręctwo, że wszystko działo się zbyt płynnie. Nie musiałem o nic walczyć, sprawy potoczyły się naturalnie i wspaniale. Wtedy – przypuśćmy – marzę o życiu jak po grudzie, w którym walczę o coś, decyduję o swoim losie. Zmagam się ze ścianą. Rury wymienione niedawno na żółte wyglądają świeżo, ale jakoś głupio, jak szklany wieżowiec między ruinami. Zwisają z nich stare, zużyte skórzane uchwyty. W wiecznie brudnych szybach ledwie odbijają się twarze uczennic, wyposażone w amerykańskie pomadki, francuskie kremy i podkłady, angielskie tusze, konturówki, puder. Wracam do cudzej gazety, ale zaraz odrywam wzrok od pisma, usłyszawszy wybuch śmiechu. Przyglądam się rozbawionym dziewczynom z sympatią, czując jakąś wdzięczność. Z niezrozumiałych powodów mam pewność, że po śmierci pismo zostaje, a śmiech nie. A może już w ogóle nie ma śmierci? Może skutecznie ją obaliły plakaty słonecznych hoteli, balony reklamujące stacje benzynowe i Pepsi-hits? Przejeżdżamy wąwozem billboardów, wznoszących się nad bezdomnymi psami i padliną. Kto śmie w to wątpić? Kto bluźni, że uwolniliśmy się nie od śmierci, ale zaledwie od tematu śmierci? Hej, śmierć nie istnieje, jest niemożliwa! Wysiadam wiedząc, że jeszcze nigdy nie doświadczyliśmy takiego dobrobytu jak dzisiaj. Szczury wyjadają ze śmietników przeterminowane jogurty. Koty wpadają pod koła nowych modeli Daewoo. Ptaki roztrzaskują się o szyby banków i zakładów ubezpieczeniowych. |